Taniej mnie ubierać niż karmić - wywiad z Anią Muchą

Gdyby miała wybierać: torebka czy rarytas do jedzenia, zdecydowanie wybrałaby to drugie. - Jadam nawet rzeczy, których nazw nie znam, bo mam apetyt na życie - mówi Anna Mucha, autorka książki "Toskania, że Mucha nie siada". I dodaje przekornie: - Jestem prostą, słabą kobietą i jedyna metoda, żeby coś zrobić z pokusą, to jej ulec, więc... tej zasady się trzymam.

Napisałaś książkę o Toskanii. Znowu będą mówili, że jesteś specjalistką od wszystkiego.

- To, że zapraszają mnie do telewizji i pytają o wszystko, jest świadectwem tego, że media w Polsce po prostu zgłupiały.

W porządku, jeden:jeden.

- Wiedziałam, że to będzie miła rozmowa. Staram się nie wypowiadać na wszystkie tematy i raczej odrzucam zaproszenia, niż przyjmuję. Nie mam problemu, by przyznać się, że nie mam o czymś pojęcia. Na przykład o fizyce kwantowej nic nie wiem.

Na Toskanii akurat się znasz, bo byłaś tam wiele razy.

- Więcej niż dwa razy w życiu, mniej niż 365 dni w roku. Ta książka to narracja o tym, czym jest „moja Toskania”. O tym, gdzie i jak spędzam w niej czas. I choć nie spełnia formalnych wymogów przewodnika, bo nie znajdziesz w niej na przykład ważnych dat historycznych, zapisków, że tutaj pracował Michał Anioł, albo listy najtańszych hoteli, to jednak można się dzięki niej pięknie odnaleźć. Żartuję, że to ponad 250 stron o dolce far niente.

„Słodkie lenistwo”, no i grzeszki.

- Dużo w niej grzeszę. To trochę taka moja spowiedź. Albo ekshibicjonizm. Choć mam wrażenie, że ta książka wcale nie jest jakoś szczególnie intymna.

W jaki sposób grzeszysz kulinarnie?

- Oj! Ilością, jakością, rozpasaniem. Rozpasanie jest akurat jednym z moich ulubionych grzechów.

Ile możesz zjeść?

- Taniej mnie ubierać niż karmić.

Ocierasz się o obżarstwo?

- Temu poświęcony jest duży rozdział „Toskanii”. Wiesz, jak moje koleżanki podchodziły do egzaminów, to biadoliły: Ojej, ja nic nie umiem. I dostawały piątki. Jak ja mówiłam, że nic nie umiem, to dostawałam najwyżej dwóję. Jestem realistką w ocenie wielu aspektów swojego życia. I myślę, że jeśli chodzi o kwestię bycia obżarciuchem, to też jestem realistką. A wyrzuty sumienia powodują niestrawność, więc nie mieszczą się w dobrym smaku.

Anna Mucha w Toskanii (fot. Marcello Sora / Wydawnictwo Pascal)

Obżarstwo wiąże się u ciebie z kolei z hedonizmem.

- To są te aspekty, które składają się na moją filozofię „prostego chłopskiego życia”.

Wybacz, ale dla mnie to twoje smakowanie i hedonizm wykluczają się z prostym chłopskim życiem. To przecież nie jest tak, że usiądziesz i zjesz...

- Golonkę z kapustą na przykład? Ja uwielbiam golonkę! Albo chleb ze smalcem! Chłopskie proste życie to nie życie prostackie. Zresztą „proste chłopskie życie” jest w mojej opowieści wzięte w cudzysłów. To nie kilka prostych czynności, a raczej kilka prostych prawd. Lubię dobrze zjeść, spędzać czas w dobrym towarzystwie, dobrze pójść spać, dobrze wstać i dobrze pracować. Lubię, jak życie ma pewien porządek. Wolę być zdrowa, młoda i bogata.

I nie masz poczucia, że przesadzasz?

- Grzeszę z czystym sumieniem. Wszystko jest potraktowane z przymrużeniem oka. Z nadzieją na odczytanie moich intencji i mojego poczucia humoru.

To poczucie humoru łagodzi trochę grzech gadulstwa?

- Grzech gadulstwa polega na tym, że co roku sobie obiecuję, że chciałabym zobaczyć inny zakątek Europy i pojadę w inne miejsce. No i co roku okazuje się, że to jest takie moje czcze gadanie, bo finał jest taki, że znowu lądujemy we Włoszech, w Toskanii. Tam jestem najszczęśliwsza.

I bardziej zrelaksowana, bo nie jesteś rozpoznawalna?

- Na pewno.

Piszesz też o włoskiej tradycji zabierania dzieci do restauracji.

- Jest o tym jeden akapit.

Tak, ale zainteresował mnie szczególnie, bo ja na przykład nie przepadam za dziećmi krzyczącymi w knajpie.

- Ja też nie. Wszystko zależy od tego, czy rodzice są kulturalnymi ludźmi.

A ty pilnujesz swoich dzieci w restauracji?

- Chcesz mnie zapytać, czy jestem kulturalnym człowiekiem? Wychodzę z założenia, że owszem, robi się wiele rzeczy dla dzieci, ale nie dajmy się zwariować. Zależy mi na tym, by dzieci zachowywały się na tyle kulturalnie, na ile się kulturalnie zachowują rodzice czy też dorośli. Uważam, że to jest pewne minimum, które albo się wynosi z domu, albo nie.

Jedzenie płynnie wiąże się u ciebie z rozrzutnością.

- No bo na koniec trzeba za to wszystko zapłacić. I wtedy to „proste chłopskie życie” jest brane w duże saldo. Znaczy się cudzysłów.

Co sprawiłoby ci większą przyjemność - droga torebka czy jakiś rarytas do jedzenia?

- Zdecydowanie to drugie. Zresztą samochód jest przedłużeniem mojej torebki, więc to, co by mnie interesowało, to jedynie samochód wypełniony rarytasami.

Jak wykwintne danie, to i pokusa.

- Tak, rzeczywiście cały czas rozmawiamy o grzechach. Bo też „Toskania, że Mucha nie siada” jest grzeszna i hedonistyczna. A nawet hiperhedonistyczna, jak napisał na okładce Piotr Najsztub. Ja jestem prostą, słabą kobietą i jedyna metoda, żeby coś zrobić z pokusą, to jej ulec, więc... tej zasady się trzymam.

Stek czy tiramisu?

- Stek, a na deser kawa i tiramisu.

Jesteś otwarta na doznania kulinarne.

- Mam wrażenie, że w ogóle jestem dosyć otwarta: na ludzi, na nowe pomysły, propozycje, a także smaki. Czasami ta otwartość przysparza mi wrogów, bo jestem ciekawa świata i... może nie naiwna, ale po prostu pozbawiona kompleksów czy blokad. I w gruncie rzeczy wierzę, że ludzie są dobrzy, że mają swoje cele i potrzeby, ale są w tym mądrzy. Oczywiście przekonuję się, że nie zawsze i nie wszyscy, ale wolę wierzyć w to, że szklanka jest do połowy pełna, a nie pusta.

A skoro już o piciu i jedzeniu mowa: podróżując po całym świecie, naturalnie z niejednego pieca jadłam - zarówno kawior astrachański, zupę z płetwy rekina, suszoną wołowinę i cuchnącego duriana, jak i owoce morza, podpłomyki, kurze łapki, ikrę ze śledzia. Jadam rzeczy, których nazw nie znam, bo mam apetyt na życie. Jadłam też w najróżniejszych miejscach. W spelunach, na ulicy - mam na myśli prawdziwy street food, gdy ktoś klepie placki na ziemi. Jadłam na plażach i w restauracjach z gwiazdką Michelina. Jadłam tam, gdzie po prostu mogłam zjeść.

Mojemu życiu sens nadają ludzie, literatura, podróże i jedzenie.

W takiej kolejności?

- Kolejność dowolna. Jakbym drugi raz przeczytała tę listę, to pewnie bym dodała masę innych rzeczy, takich jak kultura w ogóle, bo literatura jest jej częścią, poza tym poznawanie ludzi w podróżach, wolność i kartę kredytową. Bo najbardziej lubię, kiedy ja leżę, a moja karta kredytowa „pracuje”.

Czyli płaci za twoje wakacyjne zakupy. A wyrzucasz jedzenie?

- Staram się tego nie robić. Na tyle znam już swoje potrzeby i możliwości, że kupuję w sam raz. Wolę wręcz kupić mniej i ewentualnie dokupić, niż kupować za dużo i potem wyrzucać. Nie zawsze się to udaje, ale staram się robić przemyślane zakupy, bo nic mnie tak nie boli jak wyrzucanie jedzenia.

Bardzo grymasisz?

- Lubię rozmawiać z ludźmi, cenię pasjonatów, którzy starają się poznać swoją dziedzinę od początku. Tacy ludzie mi imponują. Jak coś jest przygotowane bez duszy i bez serca, to jest i bez sensu. To się od razu czuje. A ja nie mam problemu, żeby nazywać rzeczy takimi, jakie są. Gastronomia to z jednej strony usługa jak każda inna, a z drugiej - zupełnie odmienna. Klient przychodzi i oczekuje, ale dostaje nie tylko jedzenie. Wraz z nim otrzymuje wspomnienia, marzenia. Jeżeli restauracja mu tego nie dostarczy, to do niej nie wróci.

Co cię zniechęca do jakiejś restauracji?

- Zły zapach. To dyskwalifikacja. Lubię, gdy od progu pachnie świeżym jedzeniem, czosnkiem, przyprawami. Wtedy moje zmysły zaczynają pracować, to przyjemne. Lokal dyskwalifikuje też brud. Jestem w stanie zrozumieć brud w Indiach czy Bangladeszu, ale w Europie to już nie przejdzie. Gdy widzę, że kelner ma brudny fartuch czy paznokcie, to nie jestem w stanie uwierzyć, że w kuchni jest czysto. Odpada. Wkurza mnie też brak myślenia. Na przykład jestem w jakiejś knajpie i chciałabym coś zamówić. Namówiono mnie na danie, a gdy się zdecydowałam, kelner powiedział, że nie ma jabłek. To był środek dnia, Warszawa. Sklep naprzeciwko, więc w czym problem? Byłam bardzo ciekawa tego dania, więc poszłam do sklepu i kupiłam jabłka. Nie dość, że mnie nakarmili, to jeszcze robotę jako zaopatrzeniowiec dostałam.

No i nie lubię jeszcze, jak ktoś zdrabnia i się pieści. Byłam w restauracji, gdzie dorosła kobieta zaproponowała mi „przyprawki do pierożków”. Wszystko inne też w tym tonie. Gdzieś około rachuneczku wyciągnęłam pieniążki i „puściłam pawika”.

Czy ty się czujesz trochę jak Magda Gessler?

- Uważam, że Magda robi dużo dobrego. Nadała naszej gastronomii równowagę. Klient w restauracji nie jest petentem. Ma prawo wymagać, oczekiwać, wyrazić swoje zdanie. Ale powinien też się edukować i smakować. Podobnie jak właściciel i menadżer restauracji.

Kiedyś powiedziałaś, że chciałabyś, by goście na twojej stypie zjedli ciasteczka z twoimi prochami...

- To był wywiad do magazynu, który ukazał się 1 kwietnia. No i przy tej okazji wydało się, że Polacy cierpią na śmiertelną chorobę - „śmiertelnie poważne” poczucie humoru. Nie czytają ironii, kpiny, żartu. Choć akurat ten fragment był jak najbardziej prawdziwy. Zainspirowałam się opowieścią Wojciecha Cejrowskiego o plemionach Amazonii, które spożywają niewielką część z prochów swoich skremowanych bliskich. Według tego plemienia przez spożycie czyichś prochów pozwalasz, by ta osoba weszła w ciebie i patrzyła na świat twoimi oczami. W pewnym sensie dajesz zmarłemu kolejne życie. Zażyczyłam więc sobie, żeby na mojej stypie zaserwowano mnóstwo pysznych dań. Do niektórych będą dodane moje prochy. Najwyżej się okaże, że jestem niestrawna.

Dziś to podtrzymujesz?

- Podtrzymuję. Czytałam też, że z prochów zmarłego można zrobić diament. Bardzo ładny pomysł i o tyle cenniejszy, że zyskuję argument przeciw odchudzaniu. W końcu kto chciałby mieć mały karacik?! Bałabym się tylko, że któreś z dzieci zastawi mnie w lombardzie...

Chciałabym przeżyć w pamięci bliskich. I nie chodzi mi o to, że po spojrzeniu w lusterko padnie: - O, mamo! Mam czoło po mamie. Chciałabym być wspominana czule, by po mojej śmierci zrobiło się jakoś tak nudniej...

źródło: http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,138585,18039452,Anna_Mucha__Taniej_mnie_ubierac_niz_karmic__Rozpasanie.html

Mapa strony Polityka prywatności Chcesz wyrazić swoją opinię? Napisz do nas | Masz problem?  Skontaktuj się                                                              |